|
Na dziesiątki sposobów odganiano
od ludzkich siedzib gradowe i burzowe chmury. Jeszcze do czasów I wojny
światowej bito w kościelne dzwony lub używano tak zwanych dzwonków
loretańskich, równie skutecznych w powszechnej opinii jak konduktory czyli
piorunochrony. No i oczywiście stosowano gromnice, które - choć kojarzą
się nam pogrzebowo, zgodnie ze swą nazwą przede wszystkim chroniły przed
gromami. Jeszcze nie tak dawno, w latach pięćdziesiątych, w czasie burzy w
nieomal wszystkich wiejskich oknach płonęły świece, a wnętrza domostw
pachniały rozgrzanym woskiem, bo stearynowa gromnica to coś równie
niewyobrażalnego jak gorący śnieg. Niektórzy twierdzili, że sama gromnica
nie jest szczególnie skuteczna, że prawdziwą ochronę zapewnia dopiero
krzyż nakreślony na szybie gromnicznym kopciem.
A jeżeli już
zdarzyło się nieszczęście i piorun uderzył w dom, przed ogniem broniła sól
św. Agaty, najzwyczajniejsza, taka sama jak do solenia ziemniaków, ale
zyskująca nadzwyczajną moc dzięki poświęceniu jej 5 lutego.
Jednak sól
św. Agaty była środkiem ostatecznym, każdy woli przecież zapobiegać
nieszczęściom. Dlatego wystawiono w oknach święte obrazy, palono wianki
święcone w Boże Ciało, w węgły domu wtykano wielkanocne palmy. Skuteczne
podobno było wyniesienie w pola stołu. Burzę przeganiono także biciem w
stalowe blachy, a nawałnica szczególnie bała się brony przewróconej do
góry zębami.
Za skuteczne
zabiegi uważano zatykanie na strychu lipowych gałęzi, majenie izby
leszczyną, kadzenie jej liściem rozchodnika. I jeszcze coś, o czym nie
piszą w żadnej z uczonych ksiąg.
Jeszcze tuż
po wojnie na wielu wiejskich domach, przybite nad wejściem, wisiały
blaszane plakietki z wizerunkiem św. Floriana. Jeszcze przedwojenne, może
nawet sprzed pierwszej wojny, były tylko znakami firmowymi towarzystwa
asekuracyjnego, czyli fajerkasy, ale traktowano je jako skuteczny środek
przeciwko uderzeniu pioruna i pożarowi. Dbano więc o nie, co roku
pokrywając farbą.
|